Sprawdź miejsca, gdzie kręcono filmy

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Krzysztof Jasiński

Jak Pan wspomina miejsca, w których była kręcona „Wilczyca”?
- Przede wszystkim pamiętam pałac w Śmiełowie i tamtejsze okolice. Pałac znany jest przede wszystkim z tego, że bywał w nim Adam Mickiewicz i są tam wnętrza, które jeszcze pamiętają jego pobyt. Zresztą głównie one, bo w pałacu niewiele się zachowało z dawnych mebli czy wystroju. Przetrwało natomiast wspaniałe założenie parkowe i starodrzew, który z pewnością Mickiewicza także pamięta. I pewnie echa jego miłości do gospodyni pałacu Konstancji Łubieńskiej. Było to idealne miejsce do kręcenia filmu, takiego jak „Wilczyca”. Mieszkałem tam z przyjemnością (zakwaterowano nas właśnie w pałacu). Ze zdjęć do „Wilczycy” pamiętam także zupełnie wyjątkowe sytuacje. Byłem wtedy młodym człowiekiem i nie dawałem zarobić kaskaderom, skakałem m.in. „na skręcenie karku” z okna, przez niby to „szklaną” szybę z cukru… Z tą sceną związane jest również wspomnienie pirotechnika, który zakładał mi na plecy pod koszulę ołowianą tarczę pod ładunki wybuchowe. Miałem wtedy taką scenę, że wyskakiwałem przez okno między żołnierzy, którzy stacjonowali przy rozpalonych ogniskach, przebiegałem między nimi, wskakiwałem na konia i uciekałem. To była bardzo dynamiczna sekwencja i nigdy później już niczego równie brawurowego w swoim życiu nie wykonałem. Tym bardziej, że jak się później okazało pirotechnik nieco przesadził z mocą ładunków wybuchowych i gdyby nie owa gruba ołowiana blacha, która po nakręceniu wspomnianej sceny była cała powyginana w wielu miejscach, to zapewne miałbym autentyczne dziury w plecach. Mam nawet do dzisiaj swoją fotografię z tym pirotechnikiem i ołowianą tarczą, jako uwieczniony na zawsze dowód wspomnianej brawury. Naszej wspólnej - mojej i pirotechnika. Smaku całej sprawie dodawało to, że serial kręciliśmy w stanie wojennym i broń, której używaliśmy na planie była każdorazowo rano wydzielana nam przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej i wieczorem odbierana, bo nie mogliśmy jej mieć w stałej dyspozycji na cały czas zdjęć.

Ówczesna władza bała się, że ekipa filmowa wznieci pod osłoną nocy jakieś powstanie?
- Powstanie, albo coś innego… (śmiech) w każdym razie nie wolno nam było mieć do broni stałego dostępu. Wracając do głównego tematu naszej rozmowy, czyli filmowych miejsc, to najciekawszy dla mnie pod względem plenerów był film „Żelazną ręką” i powstały na jego bazie serial „Kanclerz”. Grałem tam wspaniałą historyczną postać Samuela Zborowskiego, a film powstał w Krakowie i jego okolicach. Pamiętam scenę, w której prowadzono mnie na szafot. Nakręciliśmy ją w Tyńcu. Kiedy tak człowiek pomieszkał trochę w tamtych okolicach, spędził nieco czasu w tynieckim klasztorze Benedyktynów, porozmawiał z mnichami, to docierało do jego świadomości, że to miejsce zamieszkiwane było przez ludzi nawet dziesiątki tysięcy lat temu, bo na to wskazują wykopaliska. Toteż można sobie wyobrazić ileż to pokładów cywilizacyjnych tam przeminęło do dzisiejszych czasów. Jak długo już tam płynie Wisła, w tym meandrze podtynieckim… Cykl tamtejszych wzgórz zaczyna się w Tyńcu ciągnie przez kopce, m.in. Kościuszki, wiodąc przez wzgórze wawelskie. Cały ten cykl wzniesień są to wzgórza praceltyckiego kultu solarnego, a jaskinie w pobliskich Piekarach też działają na wyobraźnię. A już szczególnie niezapomniany był w filmie „Kanclerz” brawurowy wjazd konny wierzchem na dziedziniec arkadowy na Wawelu. Pamiętam do dziś tamten stukot kopyt, bo tam jest wspaniała akustyka. Część „Kanclerza” powstała też na Słowacji, bo chodziło o nakręcenie sceny spotkania ze Stefanem Batorym. Było to w pięknym zameczku „zawieszonym” wysoko na skale. Zawsze sobie obiecuję, że jeszcze kiedyś odwiedzę to miejsce.

Inne plenery, które dobrze zapamiętałem to były góry w „Legendzie Tatr” (film na podstawie prozy Tetmajera, przyp. red), gdzie grałam zbójnickiego harnasia, taki prototyp Janosika. Patronował temu przedsięwzięciu ks. Tiszner, który jak wiadomo był góralem i to właśnie on pomagał wybierać tatrzańskie plenery do tego filmu. Zapamiętałem to jako wspaniałe doświadczenie, gdzie plan filmowy nieco się zacierał z rzeczywistością. Grałem w kostiumie i szybko zapominałem, że to kostium, wokół były wspaniałe pejzaże…

Czy pamięta Pan gdzie konkretnie powstały sekwencje „Legendy Tatr”?
- Były to okolice Zakopanego i Bukowiny. Kręciliśmy także na zamku w Nidzicy, gdzie został uwięziony grany przeze mnie bohater.

Jak Pan wspomina plan filmowy „Zaklętego dworu”?
- To był pierwszy duży film, w którym wystąpiłem. Serial miał kilkanaście odcinków i zagrałem w nim jedną z głównych ról. Dlatego pamiętam to doskonale, jako ważne przeżycie. Film kręciliśmy w różnych wnętrzach i plenerach, głównie typowo polskich - romantycznych. Pod Łodzią jest kilka zabytkowych założeń parkowych i tam zbudowano dekorację, ale w pozostałościach dawnych dworów. Dzięki temu wszystko wyglądało szalenie naturalnie. Ocalały całe aleje, drzewa, założenia parkowe, resztki murów - wystarczyło je tylko obudować dekoracjami. To co utkwiło mi w pamięci to taka architektoniczna kultura masońska. Przecież film powstał na podstawie powieści „Zaklęty dwór” Walerego Łozińskiego, która była takim pierwszym polskim romantycznym kryminałem. I te tajemnicze masońskie wnętrza pokazane w serialu działały na wyobraźnię. A wszystko dzięki umiejętnemu połączeniu autentycznych pozostałości po zabytkowych dworkach i dobrze zbudowanej na ich bazie dekoracji.

Czy grając w tylu zabytkowych wnętrzach zetknął się Pan może z jaką związaną z nimi legendą?
- W takich miejscach są zawsze jakieś legendy i zawsze jest jakaś miejscowa Biała Dama. Była Biała Dama również i w Śmiełowie.

I przyszła do Pana w nocy?
- Ta Biała Dama, która mogłaby wtedy do mnie przyjść akurat chorowała na grypę, więc niestety nic z tego nie wyszło. Jednak najbardziej tajemniczo i czarownie było w górach przy kręceniu „Legendy Tatr”. Nawet się nie spodziewałem, że to tak może być. Smaku wszystkiemu dodawało to, że w jednym z szałasów, z których korzystaliśmy nocował kiedyś Jan Paweł II i podczas zdjęć towarzyszyła nam świadomość, że on chodził tymi „tetmajerowskimi” ścieżkami. Że mamy coś wspólnego. Że on także lubił tę poezję, towarzyszący na ks. Tiszner ją lubił a myśmy się starali odtworzyć powieść Tetmajera na ekranie. Czyli to nie było takie zwykłe odgrywanie. Była w tym jakaś magia.

Czy kiedy jest Pan w kinie widzem zwraca Pan uwagę na pokazane na ekranie plenery?
- Jestem bardzo wrażliwy na „obrazki”. Tutaj przoduje zwłaszcza kino angielskie. Na przykład „Posłaniec”, coś fantastycznego - te wnętrza, kostiumy, plenery, parki, ogrody, budowle… Moim zdaniem architektura jest królową sztuk. Nam się wydaje, że to muzyka czy malarstwo przodują. Oczywiście każda z tych dziedzin jest wielka i wspaniała, ale architektura dla mnie jest czymś niebywałym. To taka prometejska dziedzina, wydzieranie tajemnic Panu Bogu. Konkurencja dla niego. Pan Bóg stworzył ten piękny świat naturalny, góry, doliny, zwierzątka, które tam skubią trawę… I nagle obok tego, na tym, czy w tym pejzażu człowiek się waży wykonać jakiś gest. Stawia zamek albo dom Buddy… Zawsze mi to imponowało i wiedziałem, że towarzyszy temu jakaś wiedza tajemna. I w niektórych filmach widać ten fenomen, ten geniusz, magię, bo to wszystko aż się prosi, żeby sfotografować. I jeśli umie się robić takie zdjęcia to już jest połowa filmu.
Ów sposób fotografowania architektury powoli wraca do filmu. Jest teraz nowy serial - „Majka”, który czasami oglądam ponieważ gra w nim moja żona. I tam jest wyjątkowo pięknie i prawdziwie sfotografowany Kraków, który aż dziw jak rzadko jest wykorzystywany jako tło w filmach.

Uprzedził Pan moje kolejne pytanie, bo chciałam zapytać Pana jako rodzimego krakowianina o filmy, w których widział Pan swoje miasto szczególnie pięknie pokazane.
- Jako Krakus, który bardzo kocha swoje miasto oczywiście zawsze wypatrywałem na ekranie sekwencji pokazujących Kraków. Powstało tu wiele filmów, ale jakoś żaden nie pokazywał prawdziwego Krakowa. Nawet w „Kanclerzu”, niemalże w całości tutaj kręconym. Jednak dopiero teraz w serialu „Majka” widzę prawdziwy Karków. Pewnie częściowo ze względu na postęp i technikę trochę łatwiej jest to dzisiaj robić. Dawniej na przykład zdjęcia z góry były bardziej skomplikowane. Kraków też wypiękniał trochę przez ostatnich 20 lat. Jednak „Majka” odróżnia się od innych filmów tym, że nie tylko jej akcja została tutaj osadzona, ale i Kraków, a także krakowskość grają w tym serialu. Miasto występuję jako miejsce szczególne i magiczne. Tutaj inaczej ludzie mówią, inaczej się zachowują. Twórcy starają się pokazać co to w Krakowie charakterystyczne i prawdziwe. Miasto fotografowane jest niemalże z troską. Kraków nie jest tylko dekoracją, ale też sam gra siebie jako jeden z bohaterów filmu.

Pamiętam także „Jowitę”, która w całości dzieje się w Krakowie…
- W „Jowicie” debiutowałem. Byłem wtedy na drugim lub trzecim roku w Szkole Teatralnej i wzięli nas wszystkich do tego filmu. Główne role grali Zbigniew Cybulski i Daniel Olbrychski. My natomiast „robiliśmy” za tłum. Pamiętam jak z kolegami poszliśmy na pokaz „Jowity” a na ekranie było widać rękę jednego, nogę drugiego albo pół twarzy trzeciego. I nawzajem sobie pomagaliśmy w identyfikacji: „Zobacz to twoje ręka, o tam moja noga…”. Razem ze mną zagrali wtedy Wojtek Pszoniak i Olgierd Łukaszewicz i jeszcze paru innych znanych później aktorów. Tak „Jowita” rzeczywiście była kręcona w Krakowie, były kadry z Akademii, sfilmowano kilka ulic. Ale piękna Floriańskiej czy ulic pod Wawelem, albo Kanoniczej lub rynku czy też widoku z góry na sam Wawel - tego wszystkiego tam nie było.

 

rozmawiała Izabella Jarska