Sprawdź miejsca, gdzie kręcono filmy

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Jan Jakub Kolski

Filmowe miejsca: Twardogóra, Czeszów, Uniejów, Sucha nad Liwcem, Niemodlin, Konradów

Opowiada Jan Jakub Kolski, reżyser filmowy:

Pana pierwszy film - „Pogrzeb kartofla” - był kręcony w Popielawach. Dlaczego wybrał Pan na plener właśnie tę miejscowość? Czy dlatego, że spędził Pan tam dzieciństwo?
- Zamiast słowa „plener”, wolę określenie „tło”, chociaż najwłaściwszym byłoby zapewne słowo „miejsce”. Bo w istocie na scenie zdarzeń, w owym „miejscu”, ważniejsze jest to, co się dzieje między ludźmi niż to, w jakim otoczeniu rozgrywa się historia. Jeśli wydarzenia między ludźmi nie są wystarczająco silne, to film można nakręcić choćby na księżycu a i tak nie zrobi to na nikim specjalnego wrażenia. Co do „Pogrzebu kartofla” to tutaj wybór tła był wyborem szczególnym, bowiem dotyczył pierwszego filmu, a ten miał mi odpowiedzieć na pytanie czy ja z moją decyzją, aby zostać reżyserem, nie sięgam czasem zbyt wysoko. Bo może, w zgodzie z wykształceniem, powinienem zadowolić się pracą operatora filmowego... Prawdę mówiąc chodziło o dwie główne odpowiedzi: po pierwsze czy jestem zdolny wykreować świat o takiej sile oddziaływania jaką chciałem wykreować.

A po drugie, czy koszt ludzki, jaki ponoszę przy okazji tej roboty, nie przewyższy tego, co otrzymam w zamian. Bo to też w takim bilansie trzeba wziąć pod uwagę. Po prostu pragnąłem dowiedzieć się od filmu, czy nań zasługuję. Po to, aby ten film nasycić czymś szczególnym, co będzie miało wymiar osobisty, postanowiłem go zrobić w miejscach najbliższych mojemu sercu, w Ojczyźnie mojej wyobraźni. Wierzyłem, że wszystko mi tam będzie pomagać (bo bardzo chciałem, żeby ten egzamin się udał). Stąd starania, aby sobie i... filmowi za wszelką cenę pomóc. Pomyślałem, że właśnie w Popielawach wszystko mi będzie sprzyjało: drzewa, ptaki, psy, koty, strumyki, stawy, drogi polne, echa mojego śmiechu z dzieciństwa, echa mojego związku z dziadkami - to wszystko, co mnie pamiętało i w jakimś sensie było moją magiczną przestrzenią. Precyzyjnie nie umiem tego procesu opisać, ale ten wybór poskutkował transportem czegoś szczególnego na ekran. Jeden nazwie to atmosferą, ktoś inny jeszcze czymś innym…

Czy zgodnie z tytułem Popielawy stanowiły także tło do filmu „Historia kina w Popielawach”?
- Nie, to nie były prawdziwe Popielawy. Prawdziwym „domem”, taką... przechowalnią Popielaw jest pewne miejsce pod moimi żebrami. Tam Popielawy są stale obecne i ja je transportuję w rozmaite inne miejsca. Wszędzie tam, gdzie zdarza mi się być. Byłem z Popielawami w Indochinach, na Bora - Bora, w Afryce, w Polinezji Francuskiej, w Ameryce Południowej, w dżungli amazońskiej… Popielaw nie da się odłożyć na bok, bo spędziłem w nich najważniejsze lata mojego życia, oddany tam z dużego miasta przez rodziców do dziadków po to, żeby nam wszystkim było lżej. Bo to były czasy, kiedy ulga w postaci jednej „gęby” mniej do wykarmienia bardzo dała się odczuć. I ja w Popielawach spędziłem akurat tyle lat, żeby „obrobić” tym wszystkim, czym one były swoją wyobraźnię. Żeby naznaczyć ją i odcisnąć pieczęć serdeczną na sobie, a potem naznaczać tym czymś wszystko, co spod moich rąk, mojej wyobraźni i wrażliwości wychodziło. Więc wszystko, co robię: książki, które piszę, filmy, które kręcę a nawet spotkania z moimi studentami naznaczone są Popielawami. I to promieniowanie jest przemożne.

To jest takie zaniechane, ale bardzo dobrze obrazujące ten stan słowo. „Przemożność”, czyli taka siła, której nic nie jest w stanie postawić zapory. Tym dla mnie są Popielawy. Wracając do „Historii kina, w Popielawach” to przecież kilka lat wcześniej nakręciłem „Pogrzeb kartofla” właśnie w Popielawach i moją ciekawość tego czym one są i co mogą dać filmowi już nasyciłem. Dlatego przy „Historii kina w Popielawach” spróbowałem znaleźć Popielawy gdzie indziej. To było w Kieleckim w dwóch bardzo pięknych miejscowościach. Jedna z nich nazywała się Sieradowice, nazwy drugiej nie pamiętam. Pejzaż tamtych okolic, jakkolwiek bardzo różny od pejzażu prawdziwych Popielaw, wydawał mi się właściwy dla tego filmu. Tak to sobie wyobraziłem, taki pofałdowany krajobraz i po prostu „posiałem” tam swoje Popielawy.

Gdzie był kręcony „Jańcio Wodnik”?
- W okolicach Twardogóry i w Goszczu. To jest taki bardzo malowniczy kawałek świata nieopodal Wrocławia. Wybory tła to są wybory według właściwości miejsc. Najpierw jest wyobrażenie jak one powinny wyglądać a potem są podróże. I coś się znajduje, czego inni nie znajdują… Na szczeęście.

To prawda, że udaje się Panu znaleźć miejsca rzeczywiście niezwykłe. Mnie na przykład uwiodła stacyjka w „Afonii i pszczołach”.
- Tę akurat stacyjkę wyszukał dla mnie według wskazówek scenograf Michał Hrisulidis. Ja ją znałem wcześniej, ale nie myślałem o niej jako o miejscu akcji przyszłego filmu. Michał mnie przekonał.

A czy zdarzyła się Panu odwrotna sytuacja, to znaczy jakiś napotkane miejsce tak Pana zauroczyło, że zechciał Pan w takim właśnie tle opowiedzieć jakąś filmowa historię?
- Oj nie, to mi się nigdy nie zdarzyło. To mogło dotyczyć jedynie jakiejś części filmu, fragmentu, paru scen czy epizodów. Ale jeśli chodzi o cały film, to projekt najpierw rodzi się we mnie i potem ja go „rozsiewam”. Odwrotnej drogi sobie nie wyobrażam. Poza tym zawsze punktem wyjścia jest człowiek a nie miejsce. Nie wiem, co by takiego musiało być w miejscu, żeby dla pokazania go wymyślać całą historię. Nie wydaje mi się, aby taka droga była przeznaczona dla mnie. W moich filmach zawsze pierwszy jest człowiek i to on promieniuje czymś, co wyznacza kierunki dalszej eksploracji.

Gdzie powstały zdjęcia do filmu „Cudowne miejsce”?
- To były okolice bardzo podobne do tych, w których kręciłem „Jańcia Wodnika”, mniej więcej ten sam rejon geograficzny. Główna miejscowość nazywała się Czeszów. Jest on „położony trochę na północ od Twardogóry w rejonie około-wrocławskim, na Dolnym Śląsku’’.

A czy „pamiętam Pan miejsca, w których został nakręcony „Grający z talerza”?
- Film powstał niedaleko Uniejowa nad Wartą, nieopodal Łodzi. Kręciliśmy w paru miejscowościach, które się układały w taką logiczną całość i spojone były tym samym nastrojem. Jedna z miejscowości nosiła nazwę Józefów, nazw pozostałych niestety nie pamiętam.

Czy jedną z tych miejscowości była Wola Piekarska?
- Być może, ale nie mogę tego potwierdzić na sto procent.

Gdzie powstała „Szabla od komendanta”?
- Jeśli chodzi o miejsca, w których kręciłem filmy to w pewnym sensie układają się one parami. „Szabla od komendanta” powstała, bowiem w pobliżu miejsc, w których kręciłem „Grającego z talerza” i było to w okolicach Uniejowa właśnie. To był to taki czas w moim życiu, że po prostu ciągnęło mnie do tamtych krajobrazów. Ale gdyby Pani mnie zapytała o nazwy miejscowości i szczegółową topografię to niestety nie umiałbym na takie pytania odpowiedzieć, ale wszystkie te nazwy można łatwo znaleźć idąc tropem podziękowań. Zawsze jestem bardzo wdzięczny wspierającym nas mieszkańcom okolic, w których kręcę swoje filmy i na końcu każdego z nich zamieszczam dla nich podziękowania.

„Pornografia” była kręcona…?
- „Pornografię” kręciliśmy u Prof. Marka Kwiatkowskiego - dyrektora Łazienek Królewskich - w jego skansenie w Suchej nad Liwcem (niedaleko Węgrowa, przyp. red). Zresztą przy tej okazji zostawiliśmy tam jeden budynek, bowiem dla logiki tego filmu niezbędne było zamknięcie gumna obórką. Profesor Kwiatkowski zachwycił się ową budowlą i prosił, aby mu ją zostawić. Zdjęcia powstały także i w okolicach Suchej i nad Liwcem, tam min. powstała scena spotkania Wacława z matką.

Gdzie powstało „Jasminum”?
- Miejską scenę przyjazdu granego przez Bogusława Lindę gwiazdora nakręciliśmy w Głogówku. Natomiast wszystkie pozostałe sekwencje powstały w przerobionym na klasztor zamku w Niemodlinie koło Opola. Trafiliśmy na to miejsce zupełnie przypadkiem, bo nie było ono brane pod uwagę przy wstępnej selekcji. Zamek już wówczas był w rękach prywatnych, teraz podobno zmienił właściciela i zdaje się, że jest nadzieja na to, aby odzyskał dawną świetność.

Byłam przekonana, że „Jasminum” dzieje się w autentycznym klasztorze…
- Nie, to była scenografia. Daliśmy temu miejscu tylko pozór klasztoru a tak naprawdę w Niemodlinie jest zamczysko, które zresztą ma swoją ponurą historię. Tam właśnie w XVI czy XVII wieku, w dniu swojego ślubu córka pana na zamku zatrzasnęła się w trumnie i umarła. Wtedy w kaplicach wystawiano trumny i panna młoda w igraszkach z nowo poślubionym mężem niechcący się w jednej z nich zatrzasnęła a zmorzony gorzałką mąż gdzieś przysnął i tego nie zauważył. Znaleziono ją dopiero wieczorem następnego dnia, ale niestety już nie żyła. Bidulka w dniu swojego ślubu poległa i od tej pory straszy na zamczysku jako Biała Dama. A ja swoją wizytę w Niemodlinie zacząłem od tego, że na 10 dni przed przyjazdem ekipy zamieszkałem na zamku. Zupełnie sam. Najpierw mnie poinformowano o tej historii i o tym, że Biała Dama lubi się tam pokazywać a potem zostałem tam... zamknięty.

I przyszła do Pana Biała Dama?
- Przyszła. W dodatku jako, że byłem tam zupełnie sam i tylko jeden pokój był pod kontrolą ludzką, rekwizytor powierzył mojej opiece bardzo cenne gotyckie rzeźby, więc jeszcze to, co z nich promieniowało też zwisło w powietrzu. Oczywiście ja sobie to wszystko imaginowałem, a że, powiem nieco nieskromnie, z imaginacją jakiś szczególnych problemów nie mam, więc słyszałem te nieustanne szepty wiszące w powietrzu, jakieś przekomarzania, namysły nad moim losem...

I udało się panu tam zasnąć?
- Musiałem, nie miałem wyboru (śmiech). Całymi dniami wykonywałem swoją pracę, chodziłem, szkicowałem miejsca, w których postawimy kamerę, planowałem inscenizację. To był konieczny koszt tego, żeby zrealizować film.

Czy to jest Pana stała praktyka przy realizacji filmu, że najpierw Pan odwiedza miejsce, w którym będzie kręcony, żeby tam trochę pomieszkać?
- Tak. Na przykład w Suchej mieszkałem w służbówce z myszami przez cały okres zdjęciowy. I byłem tam na 10 dni przed ekipą. To samo w Niemodlinie. Przy okazji najnowszego filmu, czyli „Wenecji”, nie mogłem zamieszkać na miejscu, bo nie było tam nawet wody, ale spędziłem tam dużo czasu przed realizacją. To nie jest jakaś nadzwyczajna praktyka tylko po prostu wyraz szacunku dla pracy innych. Jeśli się angażuje do pracy sto osób, które chcą przecież wiedzieć, co powinny robić, to trzeba im to wszystko przygotować. Po prostu.

Chciałabym jeszcze wrócić do „Afonii”. Jak Państwo trafiliście na tę urokliwa stacyjkę?
- Miejscowość, w pobliżu której znajduje się stacyjka, czyli Konradów, to jest miejsce, w którym przy okazji realizacji innego filmu - „Magneto” - kupiłem kawałek ziemi. Tam mam pół hektara własnej góry z ruinami po opuszczonym przez poprzednich właścicieli gospodarstwie. Dlatego znałem tę okolicę i wiedziałem „czym ona gada”. Przejechałem przez kilkadziesiąt stacyjek w tym regionie w promieniu jakiś 70 kilometrów. Część z nich wskazał mi scenograf (który je wcześniej obejrzał), część znalazłem sam i z tą stacyjką, która „zagrała” w filmie wahałem się do końca. Wydawała mi się zbyt romantyczna i za duża. Ale na końcu okazało się, że nie ma dla niej konkurencji. Były mniejsze, ale w środku już udomowione przez ludzi, podzielone na małe mieszkanka i nie było sposobu, aby wykreować wewnątrz tę przestrzeń, która była potrzebna filmowi. Znajdowanie niektórych miejsc odbywa się w sposób trudny do wyjaśnienia. Tak było z Niemodlinem, tak było ostatnio przy „Wenecji” z miejscowością Jegławki. To bardzo piękne miejsce ze wspaniałym pałacem. Jego też nie było na mapie naszych poszukiwań a coś mnie tam jednak zagnało. Coś kazało skręcić w lewo a nie w prawo a potem jechać prosto a nie skręcać w prawo. I tym sposobem samochód sam znalazł drogę. Bo ja się dobrze dogaduję ze swoim autem (śmiech).

Samo wie gdzie ma jechać?
- Tak właśnie.

W „Afonii i pszczołach” ważką rolę odegrały ule. Skąd się wzięły na planie filmowym?
- Zostały tam przywiezione. Akurat tak się złożyło, że pszczelarz pochodził z Niemodlina. To była znajomość zawarta jeszcze przy okazji filmu „Jasminum” i tak się przełożyła na film „Afonia i pszczoły”. Młody człowiek odziedziczył tę pasję po swoim dziadku, a pszczoły jak twierdzi to kolejne pokolenie pszczół przywiezionych aż z Syberii, więc chociaż pracuje w szpitalu, bo z zawodu jest pielęgniarzem, to było mu szkoda takie wielopokoleniowe dzieło dziadka zakończyć. I dlatego postanowił się nauczyć fachu pszczelarza i służył nam radą. To on spośród dość rozległej „podziadkowskiej” pasieki wybrał te ule, pomalował, zaludnił pszczołami, nauczył aktorów jak się mają z nimi obchodzić i ekipę, co należy robić, aby przeżyć to wydarzenie bez ekscesów. No, ale niestety nie obyło się tak całkowicie bez ekscesów.

A co się wydarzyło?
- Tylko na chwilę zdjąłem siatkę, uspokojony tym, że pszczoły setkami na mnie siadają i nie robią mi krzywdy i wtedy w ciągu paru sekund aż cztery z nich użądliły mnie w prawe oko. Tak jakby wiedziały, że to jest instrument mojej pracy i chciały mnie z tego miejsca sprytnie wyrzucić odbierając mi możliwość widzenia (śmiech). Po zdjęciach ule wraz z rodziną pszczelarzy wróciły pod Niemodlin.

Pan chyba lubi zwierzęta… Często występują w Pana filmach...
- Część życia spędziłem u dziadków i tam było zwierząt co niemiara. Moi rodzice też zawsze mieli zwierzęta. To są świadkowie naszego życia tak samo ważni, jak ludzie. Myślę, że określenie „mniejsi bracia” jak mało co pasuje do kotów i psów - w tej właśnie kolejności hierarchicznej. Kocham koty, jeszcze do niedawna miałem dwa czarno - białe dachowce: Alka i Cezara. U nas w rodzinie pies jest „domowy”, a koty były zewnętrzne. Zrobiłem im taką budę, że sam bym w niej chętnie mieszkał i obiecałem sobie, bo były to „chłopaki”, że je wykastruję. Ale nie zdążyłem i chłopaki poszły „na dziewczyny”. Jeden wrócił pół żywy i niestety nie przeżył tej eskapady a drugi zaginął.

Często w Pana filmach pojawiają się konie.
- Konie to również świadkowie mojego dzieciństwa. Branie w nawias obecności zwierząt w filmac aspirujących do pełnego opisania rzeczywistości, jest zwykłym... oszustwem. Zwierzęta są. Podobnie jak szklane budynki i biura architektoniczne z rozmaitych komedii romantycznych. Więc w pewnym sensie ja odrabiam zaniechania niektórych moich kolegów. Chodzi o... równowagę. U mnie są drzewa, konie, koty… . Im bardziej moi koledzy pomijają ten obszar rzeczywistości, tym więcej zwierząt umieszczam w moich filmach. Powtarzam, chodzi o równowagę. W najnowszym - „Wenecji” - są Gaja, Łatek i Nuka, czyli psy. Jest też dużo gęsi i kaczek, świnki, mnóstwo kur. Są żaby, są myszy… Tak, więc jest świat „obsłużony” zwierzętami w bardzo poważnym sposób. Często sam nagrywam psy do moich filmów. Dźwiękowcy korzystają na ogół z płyt dostępnych dla wszystkich i jeśli ktoś jest wystarczająco uważny to usłyszy, że w każdym nowym filmie szczekają te same psy. A kiedy ja mówię o Popielawach to chcę mieć psy z Popielaw. Właśnie się wybieram w tamte okolice i będę tam nagrywał psy. Popielawskie psy szczekały „Afonii”, szczekały w „Jasminum” a teraz zaszczekają w „Wenecji”.

Jest Pan często postrzegany jako piewca prowincji. Nie chciałabym iść tym tropem, ale …
- A ja właśnie chętnie podejmę ten temat, ponieważ ci, którzy tak piszą i oceniają tak mój dorobek, biorą w nawias ostatnie 10 lat mojego życia zawodowego. Kiedy to wyraźnie zmieniłem dekorację dla opowiadanych przeze mnie historii. Nie widzieć tego, to znaczy nie patrzeć. Zamknąć oczy na filmy takie jak „Pornografia”, „Jasminum”, „Daleko od okna”… No, ewentualnie jeszcze „Afonia” da się umieścić w tym „prowincjonalnym’ nurcie. Sprawy, którymi się zajmuję są te same, ale zmieniłem dekorację, bo była potrzebna inna niż przedtem. Piewca prowincji? Ależ ja robię filmy o ludziach, a nie o pejzażach. Kocha się tak samo na prowincji, jak w centrum Warszawy, podobnie się cierpi i tęskni i raduje. Takie szufladkowanie to bzdura. To jest klucz zawodny, to jest klucz do powierzchownych, byle jakich opisów, ale co mam zrobić? Tak, wiem, ja - „to „realizm magiczny” i „kino prowincjonalne” (śmiech). Niech już tak zostanie.

Kiedy jednak oglądam Pana filmy, to często mam wrażenie, że tło jest w nim równorzędnym partnerem dla opowiadanej historii i jej bohaterów. Nie każdy reżyser potrafi to tak pokazać.
- Bo ono ma znaczenie, jednak to jak się je pokazuje to raczej kwestia rzemiosła niż wrażliwości. Świadomości technologicznej, narzędzi, którymi się operuje. Ja jestem z wykształcenia operatorem, więc po prostu wiem czym to się robi (śmiech). Jak stawać w stosunku do światła, o jakiej porze, co fotografować, jakim obiektywem, jak poprowadzić inscenizację, żeby to, co jest z pozoru drugoplanowe przedarło się na ekran. Kwestia rzemiosła i tyle. Oczywiście jeśli jest samo rzemiosło bez wrażliwości to też nie ma kina. Sama wrażliwość bez rzemiosła także nie ma racji bytu. To jest żywioł komplementarny i te rozmaite substancje trzeba ze sobą po prostu połączyć.

Robił Pan też filmy dokumentalne, min. o jaskiniach, o górach. Gdzie one powstawały?
- Zrobiłem ponad 30 filmów dokumentalnych, takich na granicy dokumentu z reportażem. Robiłem je w Tatrach, w Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie pod Stroniem Śląskim, w Jurze Krakowsko - Częstochowskiej, gdzie zresztą w jednej z jaskiń kręciłem też fabularny epizod do filmu „Solidarność, Solidarność” (film kręcony przez dwunastu reżyserów, przyp. red.). Był to taki wyraz mojego sentymentu do jaskiń, w których spędziłem dwanaście lat sportowo uprawiając tzw. „alpinizm jaskiniowy”.

Czy jest jakieś miejsce poza Popielawami, które Pan szczególnie polubił podczas kręcenia filmu?
- Dobrze się czułem w miejscach, w których kręciliśmy „Jańcia Wodnika” i „Pograbka”. W tym ostatnim wypadku było to w Kocich Górach, w okolicach Trzebnicy. Pamiętam, że była wtedy bardzo dynamiczna wiosna, w ciągu zaledwie kilku dni urosły trawy, zażółciły się mlecze i to wszystko miało niezwykle kojący wpływ na moją duszę, co jak mi się wydaje udało się przetransportować na ekran. Do dzisiaj, kiedy znajdę się w tamtych okolicach to odwiedzam te Kocie Góry. Bardzo je lubię. No i w „Jańciu Wodniku” była miejscowość, której nazwy sobie nie teraz przypominam, gdzie stał dom z pruskim murem. Było to jedno z tych nielicznych miejsc, w których odczułem prawdziwie głęboką radość z tego, że robię filmy. Przyjeżdżałem tam zawsze przed ekipą. To był kompletnie inny obyczaj niż teraz, kiedy wszyscy stoją na baczność już gotowi do ujęcia i wtedy reżysera przywożą samochodem. Ja zwykle byłem pierwszy na planie i pani, która mieszkała w tym domu robiła mi kawę, gęstą, treściwą, w szklance a ja wtedy siadałem i planowałem sobie dzień zdjęciowy. Słoneczko zaczynało palić, skowronki wisiały nad polami, a ja czułem się tam lekko i radośnie. I myślałem sobie wtedy, że trafił mi się piękny, szczególny los. Że właśnie dostaję od życia więcej, niż zasłużyłem i że ten kredyt, ten naddatek trzeba będzie kiedyś spłacić... cierpieniem. No i nie pomyliłem się.

Dlaczego?
- Próbuję sobie odpowiedzieć na to pytanie i to mnie pcha do kolejnych filmów. Ale mogę się nie dowiedzieć.

A jeśli Pan się już dowie to przestanie Pan kręcić filmy?
- Jak się dowiem to nie będę dalej kręcił. Ale pewnie się nie dowiem.

Czy nigdy nie miał Pan ochoty, aby historię, która się dzieje między Pana bohaterami umieścić w dużym mieście? Czy taki entourage jest dla Pana kompletnie niepociągający?
- Pociągający tylko, że ja robię dwa rodzaje filmów. Albo takie, które sam sobie piszę, sam później zbieram na nie pieniądze i robię je jak mi się zdaje z miłości, chociaż później ból i cierpienie są głównym środowiskiem tej roboty. Albo takie, które przyjdą do mnie z rynku. No i na ogół producenci nie myślą jakoś nadzwyczajnie odkrywczo, przeważnie nie znają się na warsztacie i nie potrafią odkryć, kto jak jest zaawansowany warsztatowo i jakim jest rzemieślnikiem. I przypuszczam, że mało kto domyśla się, że mam świetne rzemiosło na kino, powiedzmy „miejskie”. Toteż producenci proponują mi rzeczy, które z grubsza przypominają to, co już zrobiłem. Czasem bywa, że się na to zgadzam, oswajam bardzo tę przestrzeń, ale to nie jest ani do końca to, czego oni tak naprawdę oczekują ani dokładnie to czego ja sam bym chciał. Ale przynajmniej w pobliżu mojej emocji, mojego temperamentu. Tak było z „Daleko od okna” na podstawie opowiadań Hanny Krall, tak było z „Pornografią”…

Trochę inaczej będzie z „Wenecją”, bo tam jest bardzo dużo mojego wkładu. I jeśli przyjdzie taka propozycja ze świata, od producentów to niech to będzie cokolwiek: biurowiec, miasto, śmigłowiec, samolot czy księżyc - i tak na koniec zajmę się tym, co się dzieje między ludźmi oddalając ten background na tyle, na ile jest to będzie tej głównej scenie zdarzeń potrzebne. Może bym się w mieście inaczej czuł, może trzeba by więcej zuchwałości, aby miasto uczynić materiałem do filmowania… Ale nawet, jeśli na wsi robi się film to i tak jest to strasznie jazgotliwe miejsce. Uzyskać prawdziwą ciszę na planie filmowym, czy to jest miasto, czy wieś czy cokolwiek innego, jest strasznie trudno. Otoczenie jest rozwibrowane, rozkrzyczane, bo wymaga tego technologia i utrwala to obyczaj przeniesiony do kina z reklamy. Mnogość ludzi, konieczność porozumienia się powoduje, że wszystko jest migotliwe i gwarne. Później na ekranie ma się ułudę ciszy.

Czy ma Pan w pamięci tło filmowe, które zrobiło na Panu szczególne wrażenie? Mam tu na myśli dzieła innych reżyserów.
- Jest wiele takich filmów. Przede wszystkim „Rashomon” Kurosawy. Bardzo mnie też uwiódł nastrój filmu „Żywot Mateusza” Witolda Leszczyńskiego. Pamiętam również „We władzy ojca” braci Taviani. Sporo jest takich filmów.

Czy zdarzyło się Panu specjalnie odwiedzić jakieś miejsce zapamiętane z polskiego filmu?
- Nie. Bo to ja musze „napiętnować” miejsce, żeby ono miało dla mnie wartość. Ono musi być oznaczone albo moją wyobraźnią albo moim przeżyciem. To trochę tak, jak z kotem, który znaczy swoje terytorium. Żeby chcieć się pojawić z filmem w jakimś miejscu muszę je najpierw oznaczyć, bo inaczej to miejsce by mnie oznaczyło. Załóżmy, że zobaczyłem jakieś miejsce w innym filmie - gdyby pójść taką hipotetyczną drogą - które wstrząsnęło mną i postanowiłem sprawdzić jak to wygląda naprawdę… To jest to wyprawa po coś zupełnie odwrotnego niż mnie interesuje. Chociaż zdarza się, że śladami moich filmów chodzą rozmaici, czasami bardzo ciekawi ludzie. W Popielawach bywam dość często, 3 - 4 razy w miesiącu w związku z wykładami w szkole Filmowej w Łodzi (niedaleko Popielaw mam chałupkę po dziadkach i tam właśnie wtedy nocuję) i bywa, że miejscowi ludzie, którzy mnie dobrze znają zaczepiają mnie i mówią: a tu o ciebie rozpytywał taki a taki, a ktoś tu przyjeżdżał…

Ktoś inny patrzył, czy rzeczywiście, tak jak w mojej powieści „Kulka z chleba”, jest napis pod kapliczką: „Wszystko niepojęte świata”. Ludzie sprawdzają takie rzeczy. Bywa, że są to studenci etnografii albo… księża. Czyli zjawisko, o które Pani pyta, w jakimś sensie mnie dotyczy - tylko na odwrót. Natomiast zdarza mi się czasami trafiać w miejsca, w których były kręcone inne filmy. Kiedy idę w ślad za nosem, za węchem przypadkowo podobnym do węchu, który miał ktoś wcześniej, kto tam już coś zrealizował. To mi się na przykład przydarzyło w wypadku filmu „Daleko od okna”. Robiłem go w tych samych miejscach, ba nawet w tych samych obiektach, w których wcześniej robił swój film Leszek Wosiewicz („Cynga”, przyp. red.). I chociaż na ogół nie lubię miejsc, w których ktoś już przede mną był, to jednak tak silne tam było promieniowanie - tego zaułku i kilku ulic (Nowe Miasto nad Pilicą, przyp. red) - że jednak postanowiłem tam zrobić swój film. Potem jeszcze raz trafiłem na filmową obecność tego samego reżysera przy okazji kręcenia„Pornografii”, bowiem jakiś epizod „Przeprowadzek” Leszek Wosiewicz robił właśnie w Suchej Prof. Kwiatkowskiego. Kiedy się o tym dowiedziałem to szlag mnie trafił. Pomyślałem sobie: „Nie! Drugi raz! Wykluczone, nie robię tu filmu”. Ale pomieszkałem w tym budynku, poczułem „czym tam psy szczekają” (śmiech) i postanowiłem zostać. Było jednak sporo takich miejsc, z których zrezygnowałem, kiedy się dowiedziałem, że już tam byli inni filmowcy.

Natomiast moim najnowszym olśnieniem są Jegławki, które „zagrały” w „Wenecji”. Myślę, że wydarzenia, które się mogą zsynchronizować z państwa książką (premiera „Wenecji”) uczynią to miejsce ciekawym dla widzów kinowych. Bo Jegławki to rzeczywiście jest odkrycie. Nie wiedziałem o ich istnieniu dopóki samochód mnie tam nie zawiózł. To jest zupełnie niezwykłe miejsce. Fantastyczne! Zresztą pewnie dzięki naszej tam obecności Jegławki tak łatwo się niedawno sprzedały. To przedtem była własność Agencji Rynku Rolnego, wystawiono je na przetarg i bardzo szybko zmieniły właściciela. Przypuszczam, że my swoją tam obecnością oraz ingerencjami scenograficznymi w jakiś sensie zachęciliśmy do ich zakupu. Myślę, że to jest miejsce, które da się zapamiętać, z niezwykłym klimatem i warto je na mapie ciekawych obiektów zaznaczyć. Są tam na przykład piękne dębowe i lipowe aleje. No i najważniejsze miejsce, tutaj z całego serca namawiam, aby je umieścić w przewodniku, to Chwalęcin. Otóż w Chwalęcinie kręciliśmy Chyrów, taki kompleks gimnazjalny sprzed wojny. Miejsce, gdzie w jakimś sensie formowały się patriotyzm i wyobraźnia naszego bohatera. Na Chwalęcin trafiła Joanna Macha, moja scenograf, będąc wcześniej w Ornecie, gdzie też kręciliśmy niektóre sekwencje. Poznała tam miejscowego księdza, który został świeżo namaszczony na proboszcza w miejscowości Bażyny i z dobrodziejstwem inwentarza dostał stary, piękny barokowy kościół w Chwalęcinie. To jest zupełnie niezwykła świątynia. Ma plafon i drewniane sklepienie tak pięknie wymalowane, że aż zapiera dech. Przy tym to wszystko jest niedowartościowane, chociaż ksiądz robi wszystko, żeby to jakoś podnieść i przywrócić kościołowi dawną świetność. A myśmy tam zrobili to nasze gimnazjum, trochę go scenograficzne przysposabiając do tego celu. Całość tego fantastycznego miejsca: jego nastrój, okoliczny pejzaż, sam kościół z krużgankami, które go okalają - to jest coś naprawdę nadzwyczajnego. Gdyby coś takiego mieli nasi sąsiedzi to by to była perełka, podobna tej, którą ostatnio zrobili księża opiekujący się pokamedulskim kompleksem w Rytwianach. Gdzie zresztą początkowo mieliśmy kręcić nasz film, ale potrzebowaliśmy obiektu w nieco gorszym stanie. A w czasie, kiedy zbieraliśmy fundusze na produkcję, księża w Rytwianach zdobili potrzebne środki i pięknie odnowili to miejsce, przez co stało się dla nas za dobre. Zaczęliśmy więc szukać czegoś innego i w konsekwencji znaleźliśmy ten Chwalęcin. I to miejsce tak mnie zauroczyło, że będę tam zapewne jeździł nawet po skończeniu filmu. Orneta też jest pięknym miasteczkiem, ale niestety zaniedbanym. Poszukując rozmaitych miast w Polsce, które miałyby pełnić rolę tła dla sceny zabójstwa jednego z negatywnych bohaterów filmu, nie znalazłem niczego, co by mogło z nią konkurować.

Kiedy ją zobaczyłem to mnie po prostu olśniło. Nie sądziłem, że takie miejsca są na świecie. Trochę przypomina francuskie Carcassonne ze „wspinającymi się” starymi budynkami. Mimo to pewnie miasto nie jest tłumnie odwiedzane przez turystów. A szkoda, bo to niezwykłe miejsce, położone prawie pod naszą wschodnią granicą. Prawdę mówiąc nie sądziłem, że tam kiedyś zrobię film. Producent też nie był zachwycony tym, aby ekipa jeździła tak daleko, ale tak nas zauroczyło to miejsce, że nie było odwrotu. To w ogóle wydaje się być nowy kompletnie nietknięty turystycznie rejon: Orneta, Jegławki, Chwalęcin. A przecież naprawdę wart poznania.

Rozmawiała: Izabella Jarska