Sprawdź miejsca, gdzie kręcono filmy

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Daniel Olbrychski

Miejsca filmowe: Łódź, Głuchy, Racot, Wrocław, Kraków, Modlin, Biały Bór, Drohiczyn

Opowiada Daniel Olbrychski, aktor:

Gdzie nakręcono „Ziemię obiecaną”? Interesują mnie zwłaszcza sfilmowane pałace.
- Jednym z najważniejszych był pałac Poznańskiego, który do tej pory istnieje pięknie odnowiony i znajduje się w nim ośrodek kulturalny. Zagrało i jego zewnętrze i wnętrza. Między innymi nagraliśmy tam sekwencje w fabryce Buchholza, naszego niemieckiego filmowego kapitalisty. Tych działających jeszcze w czasach „Ziemi obiecanej” Wajdy, nie Reymonta, fabryk było wtedy wiele. Szczęściem i szansą dla Wajdy i dla nas wszystkich było to, że te fabryki, zwłaszcza Poznańskiego, jeszcze pracowały, a Łódź w czasie wojny właściwie nie została zniszczona. W związku z tym te pałace, manufaktury mogły „zagrać” niemalże bez przeróbek. Trochę tylko musieliśmy na asfalt rzucić błota, żeby nie było zbyt czysto (śmiech) i już mogliśmy kręcić. Zamykaliśmy ruch na ulicach przyległych do Piotrkowskiej a nawet na samej Piotrkowskiej, która istniała już za czasów Reymonta, przebieraliśmy się w te piękne stylowe kostiumy z końca XIX wieku i wnętrza oraz exterieur Łodzi fantastycznie się adaptowały na potrzeby filmu. I nawet, czego komuniści nie wypatrzyli, w końcu robiliśmy film o strasznym, okrutnym wyzysku i kapitalizmie (śmiech), paradoksem było, że owe straszne podobno warunki pracy w XIX wieku, to była czysta bzdura, ponieważ wtedy pracowano na najnowocześniejszych maszynach.

Tymczasem po 80 latach ich nieustannej eksploatacji i już w okresie „zwycięstwa klasy robotniczej”, ciągle na tych przecież bardzo zużytych maszynach odbywała się produkcja. W tak potwornym hałasie, że nawet my grając głuchliśmy i musieliśmy z Pszoniakiem czy Łapickim przekrzykiwać się, żeby było coś do zarejestrowania i żebyśmy mogli siebie usłyszeć. I te pracujące tam dziewczyny, robotnice stojące przy tych maszynach, prawdopodobnie głuchły po paru latach, w 70. latach XX wieku, bo pracowały w o wiele gorszych warunkach niż to było niegdyś, ponieważ te maszyny były już o wiele bardzie zużyte niż w okresie tego „okropnego” wyzysku. Ba! Nawet jak się przebrały w przygotowane kostiumy to strasznie się cieszyły, że wyglądają o wiele ładniej niż we współczesnych, mało kobiecych fartuchach. Mieliśmy wielkie szczęście, bo chyba był to już ostatni moment. W latach 80. zdaje się, że powoli zamykano te fabryki. A tak, to mieliśmy i wnętrza i statystów, którzy w ramach swojej pracy przy okazji grali dla nas, bo fabryka nie przerywała produkcji na czas zdjęć. „Ziemia obiecana” to niesamowity fresk. Bardzo epicki.

Nie dałoby się już teraz takiego filmu nakręcić, również ze względów ekonomicznych. Wszystko bardzo podrożało. Nawet same hotele dla aktorów i reszty ekipy filmowej wyniosły by w tej chwili jakieś niewyobrażalne sumy. A wtedy to „przechodziło” z jednej kieszeni do drugiej.

Gdzie mieszkała Anka, czyli pana filmowa narzeczona?
- Jest taki dworek niedaleko od Łodzi, jakieś 30 kilometrów jadąc w kierunku Piotrkowa. Nie wiem, co się z tym dworkiem w tej chwili dzieje. Odnoszę wrażenie, że chyba ktoś go kupił i odrestaurował. To był dworek z bardzo piękną aleją i podjazdem. Jeśli ktoś tam włożył duże pieniądze, a w latach 90. to się już mogło zdarzyć to przypuszczam, że dawno jest w rekach prywatnych. Wtedy to zdaje się należało do jakiegoś PGR-u. Jeśli mówimy o pałacach i dworkach to były jeszcze wnętrza pałacu Mullera, po których w filmie oprowadza mnie grający go Pieczka. Ów Muller pokazuje mi swoje bogactwo kusząc do małżeństwa ze swoją córką Madą.

Obecnie jest tam Muzeum Kinematografii położone niedaleko łódzkiej filmówki a przedtem była to jakaś fabryczka. Była taka sekwencja, w której wynoszę po schodach pijanego jak bela Pszoniaka. To był mój pomysł, aby nakręcić tę scenę. Dokładnie opisałem ją Wajdzie, nawet wyrysowałem mu kadry (ponieważ Andrzejowi trzeba opowiadać kadrami). Powiedziałem, że potrzebują do niej tylko jednego statysty, człowieka, który zamiatał ulicę, bo niezbędne mi było wiadro z pomyjami. Opowiedziałem to Wajdzie nocą, ponieważ powiedział nam, żeby go informować, jeśli jakikolwiek koncept przyjdzie komuś do głowy. Nawet po wyjściu ze SPATiFu, bo czasami po alkoholu aktorzy miewają dobre pomysły (śmiech).

I tak to było, byłem w SPATiFie, troszkę piłem, ale bez przesady i wtedy wymyśliłem tę scenę. Na próbnych zdjęciach, grałem z Pszoniakiem (i nie tylko z nim, bo do tej roli startowało bardzo wielu, m.in. Zelnik, który ostatecznie zagrał inną rolę) i wtedy Wajda nam powiedział „jak wam coś przychodzi do głowy to budźcie mnie”. Mieszkaliśmy wszyscy w jednym małym hotelu Mazowieckim, tuż przy wytwórni i ja poszedłem do Andrzeja w nocy, bo następnego dnia mieliśmy kręcić tę scenę tak jak to było na zdjęciach próbnych. I tak jak to napisał Reymont, czyli podczas balu: kiedy Moryc jest kompletnie pijany w tłumie tańczących ludzi, ja mu mówię o możliwym zarobku, wtedy on trzeźwieje i wychodzi ze mną. A ja wymyśliłem, że tancerze są niepotrzebni, tylko wyniosę Pszoniaka z balu na zewnątrz.

Proszę sobie wyobrazić: pusta ulica, świt, „sztywny”, niesiony przeze mnie Pszoniak (na zoomie będzie widać, że to my) w pobliżu zamiatacz czyści ulicę. Ustawiam Moryca opierając go o mur i wychodzę z kadru, kamera utkwiona w Pszoniaku. On leci do przodu, ja wracam i go łapię w ostatniej chwili, stawiam pod innym kątem, żeby nie upadł. Odchodzę, kamera idzie ze mną. Po co idę? Po to wiadro, które mi było potrzebne. Wracam do Pszoniaka i chlustam na niego wodą, on ani drgnie. Łapię, więc go za włosy i podnoszę do pionu, z bólu otwiera usta, wkładam mu rękę do gardła, on wymiotuje i trzeźwieje. Dopiero wtedy spokojnie mu mówię, że jest intratny interes do zrobienia. Wajda się tym zachwycił, zadzwonił do Basi Ślesickiej - Pec (kierownika produkcji, przyp. red) mówiąc: „Zwalniaj wszystkich statystów oprócz jednego. Danek wymyślił fantastyczną scenę, nakręcimy to w dwie godziny przed szkołą muzyczną”, bo to było kręcone przed pałacykiem, w którym wtedy się mieściła szkoła muzyczna w Łodzi, a przedtem bodajże szkoła filmowa, zanim ja przeniesiono w obecne miejsce. I dodał: „Pszoniak jutro rano przyjeżdża pociągiem z Warszawy na Łódź Fabryczną, to go odbierz i wszystko mu w taksówce opowiedz, żeby był przygotowany. Będzie tym zachwycony”.

I rzeczywiście ten wariant sceny był fantastyczny dla Pszoniaka, który na naszych oczach z kompletnie pijanego faceta, przez operację, jakiej na nim dokonałem kompletnie trzeźwieje i reaguje na wiadomość, którą mu przyniosłem, jak można dojść w sekundę do wielkich pieniędzy. To jest bardzo pamiętna scena. Tak jak Janusz Morgenstern, o czym Wajda mówi otwarcie, wymyślił w „Popiele i diamencie” scenę palenia wódki w kieliszkach, tak autorem wyżej opisanej sceny jestem ja. W ogóle z Wajdą jest cudowna praca. To nie to, że jest jak chorągiewka, ale uważnie słucha wszystkich asystentów, nawet takich, którzy mają słabe pomysły. Przy okazji innego filmu kiedyś zapytałem Wajdę: „Dlaczego ty słuchasz tego asystenta, przecież on co nie powie, to gada bzdury”. Na to Wajda: „No właśnie. Dlatego on jest dla mnie bardzo kreatywny. Ja mu daję do zrozumienia, że jego opinia jest szalenie ważna, wtedy on się szalenie spina i wymyśla jak zrobić tę czy inną scenę. I ja od razu wiem, że trzeba zrobić dokładnie odwrotnie.” (śmiech). Wajda ma nieprawdopodobną umiejętność korzystania z inwencji innych ludzi, którym daje potrzebę kreatywności, poczucie, że są dla niego strasznie ważni. Jakby mówił: „Czekam na pomysły właśnie od was, od aktorów, operatorów, asystentów. Nieważne kto wymyślił sceny, ważne kto powiedział: kamera! Akcja!”. Na tym polega geniusz reżysera.

Czy miał pan okazję zobaczyć jak znane z „Ziemi obiecanej” miejsca teraz funkcjonują?
- Pałacyk Poznańskiego i jego entourage to obecnie jedno z najpiękniejszych w Europie miejsc, ośrodek kulturalny. To się obecnie nazywa Manufaktura i znajdują się tam sklepy, restauracje, odbywają się koncerty… Zdaje się, że w owej Manufakturze ma jakiś współudział kapitał francuski. W ogóle Łodź jest teraz prężnie rozwijającym się miastem. Piotrkowska to jest jeden z najpiękniejszych deptaków gastronomiczno - rozrywkowych w Europie. Wspaniale wykorzystano istniejące tam manufaktury, jak na cały świecie weszło trochę obcego kapitału… Bo dlaczego nie? Połowa nowojorskiego kapitału ulokowanego w istniejących tam atrakcjach należy przecież do Japończyków.

Tyle, że Nowy Jork jest piekielnie nudnym miastem, chociaż moja córka, która tam studiowała, pracuje i mieszka, jest innego zdania. Ale dla mnie to miasto jest nie do wytrzymania. Po sześciu tygodniach pracy tam miałem go serdecznie dosyć. Nasz piesek też (śmiech). Ale Łódź to zupełnie co innego, fantastycznie tętni życiem. Kiedy grałem w „Ziemi obiecanej” byłem młodym człowiekiem wychowanym w komunistycznym kraju, chociaż trochę już jeżdżącym po świecie, ale jednak w tej naszej szarej rzeczywistości dorastającym i kiedy po otrzymaniu propozycji zagrania Borowieckiego przeczytałem książkę to mnie się ona nie podobała. To była rola takiego rekina finansowego, bo tak sobie to wymarzył Reymont, a przedtem nie było podobnej postaci w historii polskiej literatury. W tamtych czasach żaden Polak nie zrobił takiej kariery, mógł być co najwyżej być w fabryce dyrektorem drugiego szczebla. A ja ze względu na wyjątkowe zdolności byłem dyrektorem pierwszego szczebla u Buchholza, bo to zamarzył sobie pozytywista Reymont. Wyczuł, że zmienia się epoka i że kolejne powstanie nie będzie miało sensu. I on sobie wyidealizował, że dlaczego to wszystko ma być w rękach Żydów, Niemców ewentualnie Rosjan.

Bo tam był niesłychany konglomerat, ale Polacy w tym nie mieli żadnego udziału. Była oczywiście i żydowska biedota, którą wykorzystywał fantastycznie zagrany przez Siemiona Wilczek. W powieści herbowy szlachcic Her Borowiecki wskazywał drogę - tacy powinniście być. Ale trzeba za to zapłacić cenę. I dlatego wymyśliliśmy takie a nie inne zakończenie w filmie, odmienne od książkowego. W tej chwili Wajda mówi, że może by teraz zmienił zakończenie. U Reymonta Borowiecki zaczyna działać charytatywnie, jakby autor mówił: bądźcie tacy, bogaćcie się a potem się podzielicie. Co wydaje mi się, że raczej nie jest zgodne z prawdą życiową. I Wajda wymyślił, wymyśliliśmy to jakoś wszyscy po trochu, że finał powinien być inny. Zresztą było kilka pomysłów na zakończenie filmu, między innymi taki, aby ostatnia sekwencja pokazywała tylko deszcz i błoto. I też sobie wyobrażam taki finał tego filmu. Ale to reymontowskie wtedy odrzucaliśmy. Może gdybyśmy kręcili w dzisiejszych czasach, gdzie naprawdę udała nam się ta transformacja i to bez aż tak strasznej ceny, jaką u Reymonta widać, to książkowe zakończenie byśmy zaakceptowali. W „Ziemi obiecanej” mamy wilczy kapitalizm tymczasem nasza transformacja przebiegła inaczej, między innymi dzięki fantastycznej energii, którą się wyzwoliła w tym społeczeństwie, takiej, o jaką modlił się Reymont swoją książką.

Wracając do filmu, to był też jeszcze jeden wariant finału, romantyczny, prawdopodobnie bardzo wajdowski. I tu go podziwiam, że nie skusiło go to tylko zrobił bardzo okrutne zakończenie: skoro już jesteś pierwszy w tym mieście tak jak chciałeś i tak jak tego chciał Reymont, po drodze brzydko potraktowałeś Ankę, ożeniłeś się dla interesu, a dziecko niby ubierasz w kontusik, ale do twojej bramy puka czerwona rewolucja. I wszyscy cię pytają: Żydzi, Niemcy, Rosjanie - jesteś bossem tego miasta, co robić? I ty musisz podjąć decyzję. „Nie ma wyboru, strzelać” mówi Borowiecki. I na tamte czasy to było fantastyczne zakończenie. Dzisiaj byśmy pewnie zrobili tak jak u Reymonta, Borowiecki odniósł sukces, ale stara się pomóc. Bo takich ludzi jest masa w tej chwili w Polsce. Na szczęście. Był także jeden jeszcze pomysł na zakończenie filmu. Borowiecki osiąga sukces, wszystko dobrze, potem trzask! Upływ czasu - rok 1914. Deszcz, błoto, na kasztanowatym koniu jedzie mężczyzna z wąsami, w siwej maciejówce. Za nim idą szeregami żołnierze w szarych mundurach, z karabinami. Legioniści. I tam gdzieś w szesnastym szeregu idzie stary Borowiecki. Wajda jednak uznał, że nie będzie się tak rozczulał. Że postawi Borowieckiego wobec sytuacji okrutnej. I żeby już podsumować tę sprawę to muszę powiedzieć, że książka gdy ją czytałem mnie znudziła, a potem wziąłem udział w fenomenie, gdy filmowa wersja arcydzieła literackiego była lepsza od oryginału. Obok „Ziemi obiecanej” jeszcze tylko raz coś takiego mi się przydarzyło. Był to „Blaszany bębenek”. Może kiedy czytałem powieść Reymonta byłem trochę za młody. Nie interesowała mnie wtedy walka o pieniądze, byłem z romantycznego pokolenia, nieco wcześniej zagrałem Kmicica. I tak sobie umyśliłem, że Borowieckiego zagram jak Kmicica dwieście pięćdziesiąt lat później. Czyli kogoś o podobnym charakterze, takiego sympatycznego łobuza. Trochę takiego Rhetta Butlera, którego zresztą później także zagrałem na scenie w Paryżu. Reżyser tamtego spektaklu powiedział mi; „Ty zagrałeś już dwie podobne role w „Popiołach” i w „Ziemi obiecanej” („Potopu” nie widział). Rafał Olbromski to jest młody Rhett Butler, a troszkę młodszy to Borowiecki. Ale dochodziłem do tego powoli.

Do tego, że Borowiecki zamienił szablę na weksel a przyjemność zabijania wrogów ojczyzny na przyjemność ich oszukania, jak na przykład wtedy, gdy przysięga Zuckerowi na obrazek Matki Boskiej, że nie „pierdala” jego żony (śmiech). Wąsik po Kmicicu sobie tylko troszkę przyciąłem, zapuściłem nieco inną fryzurę i zagrałem watażkę.

Czy Pamięta pan plenery „Wszystko na sprzedaż”? Na przykład Racot.
- Poza Warszawą kręciłem zdjęcia do tego filmu w dworku w Głuchach oraz pod Poznaniem, właśnie chyba w Racocie. Sceny w stadninie też powstały jako improwizacja poza scenariuszem. Byliśmy wtedy bardzo kreatywni. Zwłaszcza Bobek Kobiela, który przyszedł na plan z epizodem, którego miało nie być oraz własnym tekstem. Wyrzucił z siebie kilka zdań, trzasnął drzwiami i poszedł. A za chwilę jego też już nie było z nami. Natomiast ja grałem bardzo przedziwną postać. Andrzej na początku widział tę postać tak, jak to mówił do mnie w bufecie Witold Holtz w scenach w Bristolu (gdzie też tak trochę kabotyńsko, pod Zbyszka zapaliłem spirytus w kieliszkach). To wszystko zresztą było absolutnie autoryzowane przeze mnie. My nie mieliśmy napisanego scenariusza, dostawaliśmy jakieś ogólne kartki, a potem Wajda prosił, zwłaszcza mnie, bo grałem tam siebie, żebym improwizował.

W związku z tym ja właściwie tę rolę sam napisałem a potem zagrałem. Bo Wajda mi mówi: „Robimy film o Zbyszku. Zbyszka nie ma. W związku z tym chciałem, żeby się pojawił aktor, który go przypomina w stylu gry. I wymyśliłem sobie twoją postać - że ty strasznie chcesz być taki, jak on, że nosisz jego kurtkę (nota bene on mi symbolicznie dał w prezencie skórzaną kurtkę, nie z „Popiołu i diamentu”, ale tę którą Zbyszek nosił w „Pokoleniu”, to była własność Andrzeja Wajdy), może nawet zakładasz czarne okulary”.

Ja mu na to: „Skoro film nosi tytuł ‘Wszystko na sprzedaż’ a ja gram Daniela, czyli siebie to sprzedawajmy uczciwie. Wymyśl taką scenę, w której Łapicki mi coś takiego powie, a ja mu bardzo bezczelnie odpowiem to, co teraz tobie: pocałuj mnie w dupę, żebym ja tak grał”. A jak zobaczyłem, że on jednak Holtzowi, czyli asystentowi, to zlecił, „załóż kurtkę, załóż okulary”, to przecież słowa Wajdy, to ja odpowiedziałem jak młody człowiek, po swojemu: „To chodź do toalety”. I bum! Strzeliłem mu, a Wajda tylko powiedział „aluzju poniał”(śmiech). Potem była scena na cmentarzu (na Powązkach) i chciałem podczas niej koniecznie powiedzieć zdanie, o czym Wajda nawet nie wiedział, które kiedyś wypowiedziałem po śmierci Zbyszka Cybulskiego. Wracaliśmy z jego pogrzebu takim „pijanym” pociągiem do Warszawy, wszyscy piliśmy i ówczesny Minister Kultury zaprosił mnie do swojego przedziału, gdzie wzniósł toast za mnie jako następcę Cybulskiego. Ja mu na to: „K… wasza mać z takich samych ziaren nigdy nie wyrośnie takie samo drzewo, a co dopiero mówić o człowieku”.

I dokładnie to zdanie powiedziałem we wspomnianej wcześniej scenie, kiedy po tym uderzeniu w zęby idę w kożuchu na cmentarz. A Wajda to usłyszał dopiero na projekcji, bo podczas nagrywania byłem daleko. I jeszcze jedna scena, Andrzej do mnie mówi: „Ale w końcu się zgodziłeś grać, więc jak to mam wytłumaczyć?” (bo na końcu jest scena, kiedy staję przed kamerą: skaczę z pociągu, kubek jakiś trzymam, opowiadam coś Czyżewskiej). Na to ja: „To wiesz co, jak już mi tam mierzą ostrość, pudrują i już mam zacząć grać, raptem coś zobaczę, co mnie zachwyci i zainteresuje bardziej niż moja gra.” Andrzej mówi: „Ale co? Kobietę ci ma gołą pokazać?”. Ja na to: „Nie. Ty robisz filmy o koniach, więc postaw mi tam pięknego konia”. On tak zmrużył oczy, jak to on: „Dobrze to ja ci puszczę całe stado”. I w związku z tym pojechaliśmy do Racotu, ponieważ było to jedyne miejsce, gdzie dojeżdżał pociąg i obok było pastwisko, na którym pasły się konie. Pojechaliśmy tam na jeden dzień, żeby nakręcić jak skaczę z pociągu i uciekam do tego stada. Zrzucam kożuch, konie biegną. „Jakie to jest piękne!” krzyczy Holtz. „No to kręć to” mówi na to w filmie Łapicki.

Czy pamięta pan okoliczności śmierci Zbigniewa Cybulskiego?
- To było na dworcu we Wrocławiu. Po latach tam odsłonięto tablicę pamiątkową. On był wtedy na dworcu z naszym wspólnym przyjacielem Alfredem Andrysem i miał jechać do Warszawy, bodajże na jakąś próbę. Było to po bankiecie chyba w Domu Twórców, czekali do ostatniej chwili i coś niestety pili. Zbyszek jak zwykle się spóźniał, wyszli w ostatniej chwili, wyskoczyli przed dworcem z taksówki, biegli przez hall (tam jest taki duży, jeszcze poniemiecki) i kiedy wpadli na peron pociąg już ruszył. Nie był to jednak ostatni wagon, jak to bywało w Łodzi Fabrycznej i wskoczyli do środkowego, bo był otwarty. Alfa Andrys wskoczył pierwszy, potem skakał Zbyszek i się obsunął a Alfa już nie dał rady go wciągnąć. Cybulski wpadł pod pociąg, a jeszcze dodatkowo następny wagon palnął go schodkami w wątrobę. Tak to mniej więcej było.

Nawiązując do Zbyszka Cybulskiego chciałaby Pan jeszcze zapytać o „Jowitę”. Film dzieje się w Krakowie?
- Przede wszystkim był to Kraków piękny bardzo architektonicznie. A jednocześnie tego piękna prawie nie było widać, bo w dzień wszystko było zapyziałe, ponieważ to był listopad, deszcz siąpił, nie było w tym radości. Niemniej żartowaliśmy wtedy, że jeździmy zagranicę. Dla ludzi z komunistycznej Warszawy Kraków wyglądał nieco lepiej. Tych restauracji troszkę tam było, ale już o dziesiątej wieczorem miasto właściwie robiło się puste. A teraz przez 24 godziny trwa tam jeden wielki festyn. Ale pamiętam, że wtedy strasznie przygnębiający był ten Kraków. I ze Zbyszkiem chodziliśmy czasami w poszukiwaniu czynnego lokalu. Ja byłem młodszy i z alkoholem wtedy miałem naprawdę bardzo rzadki kontakt, ale on musiał gdzieś pójść, a to do Feniksa, a to do Piwnicy pod Barami…

Pamiętam jego 39 -te urodziny gdy razem ze wspomnianym wcześniej Alfą przyszli do mnie do pokoju z półlitrówką. Bardzo żeśmy się ze Zbyszkiem polubili. W „Jowicie” Cybulskie grał właściwie epizod, a tę fantastyczną scenę, kiedy w łazience pierze koszulę i jednocześnie rozmawia ze mną wymyślił sobie sam. Dygat tylko trochę mu napisał szkic, czy może Konwicki, ale właściwie Zbyszek to improwizował. On to fantastycznie zagrał, ja w zasadzie tylko słuchałem. Na szczęście to było we wnętrzu i jego głos się zachował nagrany na żywo. W dwóch innych scenach „podkładał” go inny aktor, już po jego śmierci. Autentyczny głos Zbyszka jest jeszcze w scenie na stadionie gdzie terkot kamery zagłuszył przelatujący samolot. W pozostałych przypadkach zdubbingował go aktor Stanisław Wyszyński. Podobnie było w „Potopie”, kiedy grający Kordeckiego Jasiakiewicz umarł na raka i głos za niego podłożył Zygmunt Maciejewski.

Jak pan wspomina zdjęcia do serialu „Kryminalni”?
- Grałem ojca Maćka Zakościelnego. Byłem tam więziony w fortecy. Fascynujące miejsce. To jest gdzieś na zachód od Gdyni, ale jeszcze przed Puckiem. Tam jakieś trzysta metrów od plaży jest forteca, gdzie Niemcy zbudowali torpedownię, pewnie do obrony Wybrzeża przed jakimś atakiem. I to była bardzo dobra, naturalna dekoracja.

Czy ze zdjęć do „Pana Tadeusza” pamięta pan twierdzę w Modlinie?
- Tak, to był filmowy zamek Horeszków. Fantastycznie to wymyślił Allan Starski i zaadaptował do naszych potrzeb. Oprowadzałem tam Hrabiego po zamku, tam była uczta, gdzie Gerwazy wywołał skandal. Z kolei Dobrzyń był kręcony koło Sierpca, gdzie jest skansen domków z XVII i XIX wieku.

Koniecznie muszę też zapytać o pana ulubiony Drohiczyn
- On dwa razy zagrał u Wajdy. Zaprowadziłem Wajdę i Starskiego do Drohiczyna przy okazji „Panien z Wilka” i rozkochał się Wajda w tym miejscu. Później nakręcił tam jeszcze „Pierścionek z orłem w koronie”, ale byłem w tym czasie zagranicą, bo gdyby nie to z pewnością radośnie bym go odwiedził na planie w moim Drohiczynie. W „Pannach z Wilka” w tych okolicach powstały m.in. sceny na cmentarzu, kiedy odwiedzam grób Feli, nasz galop z Mają Komorowską oraz finałowe sekwencje, kiedy Wiktor wsiada na prom i płynie przez rzekę w tej pięknej dolinie Bugu. Ale zanim wsiadłem na prom miałem jeszcze na brzegu dialog z Mają Komorowską. Wajdzie się to nie podobało, krzyknął „Ej! Nudno jest, zrób coś”. I ja diabli wiedzą czym tknięty, klęknąłem, nabrałem wody w dłonie i napiłem się jej. Przecież to jest Styks! Iwaszkiewicz potem powiedział: „Prawda, trzeba wypić wodę zapomnienia. Dziecko, czy to Pan Bóg czy Zeus podszepnął?”.

Zagrał Pan we wszystkich częściach ekranizacji Trylogii. Które z miejsc, w których je kręcono utkwiło panu szczególnie w pamięci?
- W pierwszej chronologicznie nakręconej części, „Panu Wołodyjowskim” był to Wawel, gdzie Azja pojawia się po raz pierwszy kłaniając się przed Hetmanem Sobieskim. Potem Bieszczady, gdzie kręciliśmy te wszystkie zimowe sceny, m.in. odjazd Azji, ucieczkę Baśki i inne. Spędziliśmy wtedy szereg tygodni w tych zimowych Bieszczadach. No i pamiętam Biały Bór na północy kraju, gdzie powstały sceny bitewne. Było tam stado ogierów a dyrektorem owej stadniny był słynny Kmicic Północy, jak go nazywano ze względu na temperament i fantazję. W Białym Borze spędziliśmy całe wakacje kręcąc „Pana Wołodyjowskiego”. Natomiast w „Potopie” wśród wielu utkwiły mi w pamięci sekwencje, które kręciliśmy poza Polską, na terenie ówczesnego Związku Radzieckiego. Rosjanie, bowiem byli nam winni jakieś spore pieniądze i oddali nam to w formie swoistej usługi. Dlatego pod Mińskiem wybudowali nam filmowy Lubicz, Wodokty, Wołmontowicze i wiele innych dekoracji. Liczyliśmy na to, że tam zima na pewno się sprawdzi, ale się przeliczyliśmy, bo pierwszego roku zimy nie było, dlatego nakręciliśmy tam tylko pojedynek w deszczu między Wołodyjowskim a Kmicicem.

Dopiero następnego roku udało się nam nagrać wszystkie te zimowe plenery, później widoczne w filmie. Natomiast wielkie bitwy kręciliśmy na Ukrainie, gdzie były ogromne połacie stepów. Oraz tłumy statystów, którymi byli żołnierze Armii Czerwonej (nierzadko mongolskiego lub tatarskiego pochodzenia) a udostępnił ich nam Mosfilm. Tam też powstały filmowe Kiejdany. No i spędziliśmy dwie zimy w Częstochowie, bo za pierwszym razem też nie było śniegu. Dlatego w pierwszym roku kręciliśmy tylko we wnętrzach. Ale sceny oblężenia dopiero w następnym roku, kiedy wreszcie spadł śnieg. To były ostatnie lata, kiedy można było nakręcić takie wielkie, wysoko budżetowe filmy jak „Potop” czy „Ziemia obiecana’. Dzisiaj prawdopodobnie nie byłoby to już możliwe.

Rozmawiała: Izabella Jarska
Fot. Mirosław Ganiec